stephenie.blog.interia.pl
czwartek, 26 styczeń 2012, 21:21
Cesaria Evora miała głos, który reprezentował niedefiniowalność piękna ludzkiego bytu. Mogłabym słuchać jej bez końca.
Dobra, bez jaj.
No cóż, nawet rozpoczynając tę na wskroś głupią notkę, sama próbuję przekonać się, że wszystko jest bardzo fajnie. Niestety, jest zupełnie odwrotnie. Na szczęście tylko w jednej kwestii. Pech chciał, że to naprawdę bardzo ważna kwestia mojego życia.
Nikt nie powinien czytać moich wypocin chociażby z tego względu, że zawsze, kiedy tutaj coś publikuję, to jest to czyn całkowicie przepełniony jednym, bardzo egoistycznym zamierzeniem – powróceniem do stanu równowagi po wyrzuceniu wszystkich pretensji wobec świata, innych ludzi i -przede wszystkim - wobec samej siebie.
Nie piszę papierowego pamiętnika z kilku względów – niektórzy członkowie mojej rodziny z pewnością wpadliby kiedyś na jego trop i możliwe, że po jego przeczytaniu uznaliby, że jestem wariatką. Poza tym, nawet, gdybym schowała go poza domem, to większość znanych mi ludzi rozpoznałaby moje nieco chaotyczne, mało czytelne pismo.
Najbardziej prozaicznym – a zarazem decydującym powodem, dla którego prowadzę ten internetowy ściek myślowy jest fakt, że przy mojej ogromnej potrzebie pisania bardzo dużej liczby zdań, moja lewica z pewnością po kilku pseudoliterackich seansach odmówiłaby posłuszeństwa. Ot, i cała filozofia.
Tak więc pisanie jest dla mnie lekiem na całe zło – na to, że czasami coś wychodzi mi po prostu do dupy, że ktoś powiedział mi coś nieprzyjemnego, że brakuje mi czasami kogoś/czegoś do mojego prywatnego, codziennego i nudnego jak kolor trawy na wiosnę szczęścia.
Tęsknię za moim wczesnym dzieciństwem, którego nawet nie pamiętam. Właściwie chyba najważniejsza jest ta niepamięć – ludzie przecież najlepiej zapamiętują tragedie i momenty niewyobrażalnego szczęścia, zapominając nagminnie o wesołym blasku szarej, niewymagającej zachodu codzienności. Widocznie wszystko było na swoim miejscu – gonitwy na rowerach, całe dni spędzone na łące, chodzenie do szkoły, która zachowywała w sobie przedłużenie okresu przedszkolnego.
Zwyczajna prostota codzienności, która jest tak bardzo niedoceniania. Po prostu być, nie chcieć niczego, zadowalać się każdą sekundą dnia.

niedziela, 22 styczeń 2012, 00:22
Nie powiem, czasami chcę, aby niemożliwe stało się realne. Tutaj. Teraz.
Gdy leżę wieczorem na łóżku, czekając na pierwszą falę snu, zawsze wyobrażam sobie najbardziej niesamowite historie, w których mogłabym brać udział. Będąc małą dziewczynką, widziałam siebie jako świetnego weterynarza, hodowcę koni, sławną malarkę. Z czasem, gdy zaczęłam dorastać, moje myśli zaczęły krążyć wokół bardziej skomplikowanych wizji.
Raz na jakiś czas śnią mi się sny, które zmieniają moje życie na kilka tygodni, dopóki nie zapomnę atmosfery tamtego widzenia. Ostatnio szłam we śnie środkiem pustej, szerokiej ulicy, wzdłuż której usytuowane były domy jednorodzinne. Wielkie, przytulne domy z dużymi oknami. Na podjazdach stali mężczyźni, kobiety, jakieś dzieci. Duże, jasne psy biegały dookoła machając ogonami. A ja szłam środkiem ulicy, przyglądając im się bez słowa, bez żadnej niepotrzebnej myśli mogącej zakłócić tę nieziemską harmonię.
Sen jak każdy inny, a jednak miał w sobie moc, która sprawiła, że miałam w swoim sercu nadnaturalne światło, nadające mojemu życiu przez jakiś czas nową jakość. To było szczęście.
Poczułam się integralną częścią mojego snu, jego autentycznym bohaterem. Nie istniał żaden inny świat i było to naprawdę piękne uczucie.
Mam wrażenie, że czasem dzieją się w życiu rzeczy niesamowite, by pomimo skupiania się na teraźniejszości, nosić w sobie inny, lepszy świat, gotowy w każdej chwili złagodzić niesprawiedliwość zdarzeń realnych. Nie wolno bać się swoich wyobrażeń, głęboko zakopanych myśli pod warstwą powagi, racjonalności, żalu, jakiejś wydumanej etykiety rozumowania, którą narzuca społeczeństwo lub przyjęty przezeń model zachowań.
Wolność. Od tego zaczyna się definicja trwałego szczęścia.

niedziela, 15 styczeń 2012, 19:50
   Szłam szybkim krokiem ulicą, naciągając na uszy czapkę. Wiał wiatr, a pierwsze płatki śniegu opadały lekko na mój czarny płaszcz. Spieszyłam się, prawie jak zawsze. Inaczej nigdy nie umiałam.
Ostatnie dni spędzałam na skoncentrowaniu się na prawdziwej rzeczywistości, nie tej, która – choć mieszka w moim wnętrzu – usilnie domaga się uwagi w każdej minucie mojego świadomego funkcjonowania. Rozpamiętywanie i zastanawianie się nad swoimi odczuciami względem świata i własnego życia nie jest dobre, jeśli chce się być radosnym człowiekiem, zdolnym uczynić z błahostki rzecz nadającą chwili radość. Pozbawiłam się tego jakiś czas temu, kompletnie nie widząc o tym, że zbytnie myślenie ukierunkowane nie w tę stronę, co trzeba, potrafi zaburzyć pierwotny odruch radości. Mam wrażenie, że od tamtej pory na dobre coś się zmieniło i nie będzie jak poprzednio.
     Weszłam do kościoła, gdzie właśnie dobiegała końca msza. Kilkanaście minut później staliśmy wszyscy w jakiejś sali na tyłach kościoła, gotowi dać koncert.
W drodze powrotnej do domu, widziałam w tramwaju wielu ludzi, a każdy z nich wyraźnie miał swój własny, szczelnie zamknięty świat. Nawet nie rozglądali się dookoła, skupiali się na pisaniu sms’ów lub otępiali patrzyli przez okno. Doskonale wpisywałam się w ten apatyczny widok, razem z moją bezbarwną miną, nijakim spojrzeniem i bezwładnym ciałem na siedzeniu.
Zawsze w takich chwilach bardzo chcę złapać sens w swoim życiu, wiedzieć, czego tak naprawdę szukam. Nie jest to jednoznaczne z tym, że powinnam wiedzieć, co chcę robić za parę lat. Na to mam jeszcze czas, wszystko jakoś się poukłada. Nie wiedzieć jednak, czy żyje się dla miłości, przyjaźni, sławy, pieniędzy lub spełniania marzeń – to jest problem.
Wydaje mi się, że na razie moim największym marzeniem jest kupić sobie farby do malowania na szkle. Większe marzenia mnie onieśmielają swoją nierealnością i choć częściowo zdaję sobie z nich sprawę, to nie wypowiadam ich w myślach.
Wpadłam w dziwny stan, który może przeżywać tylko człowiek bezskutecznie szukający sensu życia, wiary w Boga i potwierdzenia, że może być pokochany bezinteresownie.

sobota, 31 grudzień 2011, 01:20
Językiem francuskim można zauroczyć się poprzez słuchanie piosenek. Francuski jest ładny, ale nie po drodze mi do niego, wydaje mi się, że nie potrafiłabym mówić w tym romantycznym języku.
Angielski pokochałam ze względu na jego funkcjonalność; na perspektywę pozostawienia mojego dotychczasowego życia i ruszenia na podbój Australii.
Szwedzki lubię za jego melodię i niepospolitość. Skandynawia jest piękna – nie ma tam tylu ludzi jak w centralnej Europie, króluje tam cisza i niczym niezmącona natura. Najpiękniejszą muzyką jest tam zapewne szum drzew i śpiew ptaków.
No właśnie. W nowym roku chcę zacząć uczyć się nowego języka.
Poza tym brakuje mi pomysłów.
Intryguje mnie natomiast, co nowego wydarzy się w 2012 roku. 2011 był dobrym rokiem, można z całą pewnością powiedzieć, że przełomowym dla mojego życia.
Zawsze brakuje mi planów na teraźniejszość i najbliższą przyszłość. Zwyczajnie JESTEM, dzień po dniu czekając na jakieś „ciekawe” wydarzenia. Potrafię wymyślić tylko to, co chciałabym za kilka dobrych lat – problemem zaczyna być fakt, że stałam się obecnie biernym obserwatorem swojego życia. Brakuje pomostu między teraźniejszością, a przyszłością. Jest tylko czarne, albo białe. Nic pomiędzy.
Nie mam pojęcia, jak to się stało. Znając życie, i tak nic z tym nie zrobię.
A może to nie jest żadnym problemem?
Majaczę. Za parę godzin wypadałoby zwlec tyłek z łóżka.

środa, 28 grudzień 2011, 00:41
Dopiero dzisiaj zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo od szczęścia mojej siostry zależy moje własne szczęście. Jak bardzo nieświadomie uciska mnie przypuszczenie, że może nie być ona do końca spełniona, tak jak by sobie tego życzyła. A sądziłam, że przyjmuję to z rezerwą, ze złudną naiwnością, że wszystkie ewentualne problemy pewnego dnia się poukładają.
Właściwie nie wiem dlaczego rozpoczynam teraz, o dwunastej w nocy, te bezsensowne wywody, skoro moja siostra dzisiaj wyraźnie powiedziała mi, że jest szczęśliwa. Być może mój umysł działa na zasadzie przyciągania dokładnej przeciwności tego, co aktualnie serwuje mi los.
Czasami miałam pretensje do siebie, że nie otaczam jej dostateczną ilością wsparcia, albo moje pocieszenia są gówno warte, bo dobrze wiem, że pocieszanie ludzi prawie nigdy nie wychodzi mi dobrze. Dzieje się tak często w stosunku do wielu bliskich mi ludzi, przede wszystkim ze względu na moje własne „pilne” sprawy, na moje pseudoproblemy natury egzystencjalnej, czy pokrewne im płowe kontemplacje filozoficzne.
Przeczytałam gdzieś, że – w odniesieniu do teatru – komedia zajmuje się rzeczami „małymi” w życiu człowieka, wyśmiewa je, by ukazać, jak bardzo sam autor utożsamia się z opisywanymi przywarami i problemami społecznymi. Natomiast tragedia sławi wielkie wartości, takie jak odwaga, miłość, czy honor, nawet jeśli główny bohater ponosi na koniec klęskę.
Mądry człowiek, który napisał przeczytane przeze mnie ostatnio zdania, stwierdził, że wcale nie chodzi o to, żeby komedia śmieszyła, a tragedia smuciła. Sęk w tym, że komedia – mimo swego pobłażliwego tonu - zmusza do refleksji nad tym, jak wielką łachudrą jest człowiek, a tragedia wyzwala w widzu zachwyt nad tą samą ułomną istotą, która być może równie dobrze nadawałaby się na bohatera innej, tym razem ironicznej historyjki.
To taki sam antagonizm jak w przypadku myślenia dotyczącego mojej siostry – co innego ma miejsce na scenie życia, a co innego przychodzi do mnie – widza – we wnioskach, które mozolnie wysnuwam z ludzkich historii.

sobota, 24 grudzień 2011, 11:26

Spełnienia marzeń.
Powodzenia na konkursie.
Radości.
Piątki z polskiego na świadectwie.
Miłości.

To jedne z wielu życzeń, które ostatnio przyjęłam i które po części składałam innym.
Pochwała prostoty, celowe zatrzymanie naszych pędzących życiorysów, które dziwnym trafem okoliczności splotły się właśnie w tym czasie, pozwalając nawzajem nam się poznać.
Natomiast w domu przygotowania do najważniejszej kolacji w roku nadal trwają. Dobrze, że nie dzieje się to w atmosferze chaosu i złości. Jest naprawdę fajnie. Poza tym, jest to nasza pierwsza Wigilia tutaj, w nowym miejscu.
Obiecałam sobie, że w kolejnym roku wyjątkowo będę dbać o to, by pozostało we mnie dziecko. Nie w kwestii dziecinności, czy uciekania od odpowiedzialnych decyzji, ale w sensie postrzegania świata – radości z małych rzeczy, ufności, nadziei, uśmiechu. Na progu mojego wkraczania w dorosłość muszę o to zadbać, jeśli nie chcę zamienić się w maszynę do zarabiania pieniędzy, albo zimną, wyrachowaną osobę niezdolną do jakichkolwiek wyrazów spontaniczności.

Dzisiaj, kiedy jest Wigilia – tak samo jak zwierzęta o północy – przemówmy ludzkim głosem i wybaczmy innym ludziom to, co złe. Przypomnijmy sobie, czym jest miłość prosta, bez upiększeń i fajerwerków. Zatrzymajmy się, by spojrzeć sobie w oczy. Poczujmy tę szczególną atmosferę naprawdę, zamiast ubierać ją w piękne słowa.
Tego na Święta sobie i Wam z głębi serca życzę.

wtorek, 20 grudzień 2011, 14:10
Zatrzymałam swój umysł. Obecnie (a może tak naprawdę już od bardzo dawna) żyję bez celu, bez jakichś ważnych powodów. Nie zbawiam świata swoim istnieniem, ani też specjalnie go nie ubogacam. Mimo to wydaje mi się, że życie bez celu to też pewnego rodzaju plan, od którego pozornie chciałabym się odciąć.
Dzisiaj były próby w filharmonii.
Wyznacznikiem mojego szczęścia jest poczucie spełnienia w chwili, gdy stoję (sama lub z innymi) na scenie i mam podskórne przeświadczenie, wręcz pewność, że to, co robię, że muzyka, którą ożywiam porusza serca ludzi. Wtedy jestem najszczęśliwsza.
Dzisiaj wieczorem będzie koncert. Przyjdzie wielu ludzi.

sobota, 17 grudzień 2011, 12:28
 Tylko głupcy definitywnie odrzucają fakt istnienia Boga. Tylko naiwniacy bez umiejętności krytycznego myślenia twierdzą, że Bóg jest. 

Byłam dzisiaj w dużym supermarkecie na krótkich zakupach. Od światełek, połyskujących papierków i natrętnej świątecznej muzyki boli głowa. Taki ten nasz świat infantylny. Wszystko się odwraca.
Chociaż rozumowo dla chrześcijan ważniejszym świętem powinna być Wielkanoc, to w większości przypadków deklarują oni większą radość i przejęcie, gdy nadchodzi Boże Narodzenie. Przecież Wielki Post jest taki zasadniczy. Kojarzy się tylko z niewygodną wstrzemięźliwością w codziennych przyzwyczajeniach.
Gdy nastaje bożonarodzeniowy czas, nawet ateiści zapominają o tym, że na co dzień  zaciekle bronią się przed jakimkolwiek przypuszczeniem, że może istnieć wyższy Byt. Nie przeszkadzają im stajenki na rynkach miast, chociaż często razi ich widok dwóch małych skrzyżowanych patyków na ścianach szkół i urzędów.
Boże Narodzenie staje się czasem, gdy Matki Polki dostają szału związanego z gotowaniem i sprzątaniem swoich domów, materialiści łażą po sklepach szukając jakiegoś ładnego (najlepiej nie chińskiego) prezentu, a ci bardziej czasowi i ambitni przygotowują coś własnoręcznie, myśląc, że taki gest również w dużej mierze buduje atmosferę tego wyjątkowego wieczoru. Niektóre gderające na co dzień babcie chodzą grzecznie do swoich kościołów udając cnotliwe parafianki, a nieliczni młodzi ludzie czasami udają się na roraty, bo po mszy można spotkać się z przyjaciółmi i zjeść wspólne śniadanie. 
Wszyscy (bardziej lub mniej świadomie) przygotowują się do rzekomej rocznicy narodzin samego Boga. Każdy na swój sposób, własną ścieżką.
Nie wiem, czy którykolwiek z tych sposobów wystarcza do tego, aby choć w małej części poczuć, że to nie Jezus, ale my sami rodzimy się na nowo. Trudno to zauważyć, gdy dookoła rozmnaża się kicz, a własne duchowe przemyślenia są przesuwane na drugi plan. Boże Narodzenie to święto religijne, a nie wyłącznie miła, kulturowa tradycja. 

niedziela, 11 grudzień 2011, 18:45
 Ostatnio wiele się działo: miałam przesłuchania konkursowe w szkole, dowiedziałam się o sobie mnóstwa nowych rzeczy, ponadto zaliczyłam spektakularny zjazd na tyłku po stromych schodach połączony ze stratą obcasa, boleśnie złamałam paznokieć i wydaje się, że lada moment będę chora. 

W tym tygodniu zaczynają się próby do koncertu.
Ogólnie rzecz biorąc, czeka mnie niebawem masa roboty i wcale nie myślę tutaj wyłącznie o koncercie.

Gdy zobaczyłam dziś w kościele na ołtarzu trzy z czterech palących się świec, w pierwszym momencie doznałam lekkiego szoku: jak to możliwe, że ponad połowa adwentu już minęła? Czy byłam aż tak zajęta swoimi sprawami, żeby tego nie zauważyć?
Minęły trzy tygodnie, odkąd świąteczna gorączka opanowała cały otaczający świat, a ja kompletnie nie czuję atmosfery świąt – co gorsza, nawet nie zadałam sobie najmniejszego trudu, żeby jakoś się do nich przygotować. Mam co prawda jeszcze trochę czasu, ale czy starczy mi na tyle samozaparcia, żeby wymyślić sobie jakieś postanowienie i w nim wytrwać? Ostatnio udało mi się to w zamierzchłej podstawówce…

Jest pełnia. Dzisiaj w nocy znów będę niespokojna. 

poniedziałek, 05 grudzień 2011, 15:35
 Niektórzy ludzie sądzą, że ich gust jest jedynym dobrym rozwiązaniem dla danej sprawy. Wszystko to, co inne, jest złe, niefunkcjonalne i śmieszne. 

Irytuje mnie krytyka bez pokrycia, krytyka dla samego faktu zaistnienia, czy podświadomego dowartościowania własnej osoby. Zbytnia ilość krytyki w sprawach na wskroś codziennych, materialnych oznacza, że dany człowiek jest w jakimś stopniu zamknięty na otaczający go świat i na propozycje, jakie mu on oferuje.
Nie wszyscy na wszystkim się znają, ale każdy usilnie próbuje temu zaprzeczyć, skazując się na śmieszność. Pamiętam, gdy nauczycielka muzyki w gimnazjum usilnie próbowała kreować się na świadomą swoich umiejętności i wiedzy „artystkę”, gdy z prostych teoretycznych zasad muzyki tworzyła kosmiczne teorie, które można było pojąć będąc jedynie tak wysoko wykształconym człowiekiem jak ona. Ogólnie rzecz biorąc darzyłam ją sympatią, ale mnie – wieloletnią uczennicę szkoły muzycznej – jej podręcznikowa i ograniczona wiedza muzyczna nadmuchiwana do rozmiarów wiedzy magistra (którego miała jako pedagog) zwyczajnie śmieszyła.
Czasami bywa jeszcze gorzej, np.: gdy ludzie robią z siebie ekspertów w sprawach, o których kompletnie nie mają pojęcia. Powody, dla których ta teatralna sztuka jest wiecznie uprawiana, są naprawdę dziwne i bezzasadne, bo przecież tak łatwo zostać ośmieszonym w temacie, którego się nie zna. Jedno niewłaściwe zdanie i cały „pseudoszacunek” otoczenia może przeobrazić się w strzał do własnej bramki.
Pominę rozprawę o tym, że ja sama jestem przykładem dziwnego zbioru dziwactw. I tak jestem wobec siebie bezlitosna w niektórych życiowych dziedzinach. Lubię patrzeć na innych ludzi i po cichu wyśmiewać ich wady, szydząc z ich ograniczonej natury w moim (równie ograniczonym) umyśle. Przypatruję się im z ciekawością, czekając, aż ich własna pycha zapędzi ich w kozi róg. Często widzę, jak ludzie nie potrafią radzić sobie ze swoim własnym życiem mieszając się w życie innych.
Ironia.    


<< Styczeń 2012
PonWtŚrCzwPiąSobNie
1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031
Księga gości
 
O mnie
stephenie
czasami lubię pisać
Zobacz mój profil
Statystyki
odwiedziło:
 
20356
skomentowało:
 
378
wpisało się do Księgi Gości:
 
20
Archiwum
Rok 2012
Styczen
Rok 2011
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2010
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2009
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2008
Grudzień




Ważne jest by nigdy nie przestać pytać. Ciekawość nie istnieje bez przyczyny. Wystarczy więc, jeśli spróbujemy zrozumieć choć trochę tej tajemnicy każdego dnia. Nigdy nie trać świętej ciekawości. Kto nie potrafi pytać, nie potrafi żyć.
Albert Einstein














Być człowiekiem oznacza mieć wątpliwości i mimo to iść dalej swoją drogą.
Paulo Coelho
 
























Oddaj głos na mojego bloga!
Aktualna liczba głosów:
 
688
Oddaj głos na szablon!
Aktualna liczba głosów:
 
3616
chcesz napisać?
Temat:
Treść:
Podpis:
E-mail:
 
Zobacz serwisy INTERIA.PL